Odkąd pamiętam chciałam mieć możliwość pracy w domu. Miałam w sobie taki sielski obraz samej siebie, która gospodaruje swoim czasem, decydując co i w jakiej kolejności wykona. W tej wizji widziałam zadbany dom, pachnące kwiaty w wazonie i na tarasie, wykoszony ogródek, wysprzątany garaż i samą siebie siedzącą za biurkiem lub na sali szkoleniowej, zajmującą się tym, co kocham.

 

Długo pracowałam na etacie wychodząc z domu często w okolicach 6 rano, by odwieźć Młodego do przedszkola a później do szkoły i zdążyć na 8.00 ( później na 9.00) do pracy. Wracałam do domu niejednokrotnie ok 18.00, czasami później.

Wtedy praca w domu marzyła mi się najbardziej.
By przestać się spieszyć.
By przerwać błędne koło nerwowych poranków, gdy nie można się wyrobić a Młody nie współpracuje.
By móc wtedy po prostu się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i poczekać, bez poganiania.
By być wcześniej w domu i mieć czas na wspólnotę.
By samej decydować czym i kiedy się zajmuję.
By….
Dużo było tego „by”.

Tak, o tym marzyłam.

Moje marzenie się spełniło, ale jak zapewne się domyślacie, praca w domu ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne 😍.
I o nich będzie ten tekst.

Miejsce

Gdzie mój laptop tam moja praca. Cudownie prawda?
Wystarczy, że zabiorę go ze sobą i mogę pracować w kawiarni, w parku na ławce, na plaży. Gdziekolwiek zechcę. Pracuję w domu, ale równie dobrze może to być dowolnie wybrane przeze mnie miejsce. Widziałam siebie
z laptopem w pięknym otoczeniu: kawa pachnie, słońce świeci a ja z zachwytem wdycham tę atmosferę i pracuję.
Tak, to duży plus dodatni. 
Ale czy wiecie, że nigdy nie skorzystałam z takiej możliwości? Nie pracuję w kawiarniach, nie wychodzę popracować do parku.
A gdy jadę nad morze, to jest to raczej urlop niż praca w morskich okolicznościach i wtedy uruchamiam laptopa jeśli trzeba, ale na chwilę i nie wychodzę z nim na plażę, bo….. prozaicznie – nic nie widzę na monitorze w dużym słońcu ;-).

A plusy ujemne? 
W domu szybko okazało się, że moja praca była wszędzie. Przemieszczała się ze mną z góry na dół i tym sposobem była w wielu miejscach na raz. Moje materiały do pracy ( bo nie tylko o laptopie tu mowa) znajdowały się w salonie, w kuchni, w sypialni a czasami również w łazience. Rozpełzały się zagarniając naszą prywatną przecież przestrzeń.

Zaczęło mi brakować równowagi między tym, co zawodowe, a tym, co prywatne.

Jasno wyznaczonego miejsca, w którym zajmuję się tym, co związane z pracą, i które to miejsce mogę opuścić, zamknąć i tym samym przejść z pracy do domu.
To wszystko zapewniało mi kiedyś biuro. Rano opuszczałam dom, szłam do pracy – miejsca, w którym wykonywałam zadania właśnie z nią związane. I tylko z nią. O określonej godzinie kończyłam pracę, wychodziłam z biura, pokonywałam pewną przestrzeń i wkraczałam do domu – mojej przestrzeni prywatnej. I jeżeli nawet „zabierałam pracę do domu” ( co nierzadko się zdarzało) to jednak zdecydowanie był to mój czas prywatny i domowy właśnie.

Praca w domu pomieszała i mocno połączyła to, co zawodowe z tym, co prywatne.

Zapragnęłam to jednak jakoś przestrzennie wydzielić i tym sposobem powstał „gabinet”  – miejsce, które służy wyłącznie sprawom zawodowym. Tu jest komputer, materiały, książki i wszytko to, co jest mi potrzebne do pracy.
Przekraczanie progu gabinetu to sygnał – teraz jestem w pracy lub z niej wychodzę.

Czuję się z tym zdecydowanie lepiej.

Czas

Nie mam określonych z góry godzin pracy. Sama decyduję o swoim planie dnia: godzina wstawania jest określona, gdyż wyprawiam Młodego do szkoły, ale już to, o której zasiądę do pracy,  co zrobię, ile zrobię, co zrobię dzisiaj, a co jutro zależy tylko ode mnie. A może dzisiaj nie będę pracowała tylko poczytam ksiażkę, obejrzę film czy pójdę na długi spacer. Fajnie prawda?
I rzeczywiście tak jest. Sama układam swoje plany dnia i ode mnie zależy ich kształt.
To zdecydowanie dodatni plus pracy w domu!

Jednak okazało się, że to co jest plusem dodatnim może być również plusem ujemnym.
Początkowo był to niezmiernie trudny, jak się okazało, aspekt mojej pracy w domu.
Praca na etacie wymagała wstawania w określonych godzinach, wyszykowania się, wyjścia oraz poświęcenia uwagi pracy, bo w miejscu, w którym się ona odbywała WSZYSCY nią się właśnie zajmowali.

Łatwo jest ulec złudzeniu rozciągającego się czasu. W sumie to mam go tyle, że nic nie stoi na przeszkodzie, by odłożyc to, co jest do zrobienia zawodowego na za chwilę. Przecież zdążę. A może jutro. Fajniej jest poczytać ksiażkę. A może zajmę sie czymś innym???

A czas nie jest z gumy. Jest go określona ilość, w moim przypadku od 8.00 do 14.00, bo wtedy Młody wraca ze szkoły. Czyli tak naprawdę to TYLKO 6 godzin ( w porównaniu do 8 godzin na etacie to zdecydowanie mniej).
Oczywiście mogę coś przełożyć na wieczór, i tak w wiekszości przypadków robię, jednak najcenniejszy dla mnie czas od 8.00 do 14.00 musiałam nauczyć się efektywnie wykorzystywać i nie dać się zwieść kuszącym myślom      o różnego rodzaju przyjemnościach, które mogę zrobić w zamian.

Zajęło mi to trochę czasu. Zanim do tego doszłam nauczyłam się:
a) planowania – spisuję sobie dzień wcześniej to, co mam do zrobienia w dniu nastepnym i nie zabieram się za nic innego, dopóki tego nie zrobię.
b) eliminowania rozpraszaczy – praca w wiekszości przy komputerze to morze rozpraszaczy w postaci facebook’a, instagrama, ciekawych blogów, nowych artykułów. Zaczynam z myślą, że na 10 minut i mija godzina.
Wyłączam je teraz, chyba że to właśnie ich dotyczy moja praca i są zapisane w harmonogramie.
c) podczas godzin pracy zajmuję się pracą. Tylko! Więcej o tym w punkcie poniżej ⤵️

Praca w domu a dom

Gdy pracowałam na etacie nieustannie miałam za mało czasu na zajęcie się domem. Wychodziłam o 7.00 wracałam o 18.00.
W domu, po sobotnim sprzątaniu, z dnia na dzień bałagan narastał, bo nie miałam czasu, ani ochoty po pracy się tym zajmować. Pomieszanie z poplątaniem w szafach, stare z nowym, za małe z tym, co dobre. Nie wiadomo, co gdzie jest i co tak naprawdę mamy, bo czasu brak na przejrzenie i segregację.

Praca w domu wydawała mi się wtedy świetnym rozwiązaniem, które nie tylko pozwoli mi swobodnie decydować o moim życiu zawodowym, lecz również umożliwi mi zajęcie się tymi zaniedbanymi domowymi tematami.
Wystarczy godzinka dziennie i wszystko będzie lśniło. Tak myślałam.  Posprzątam, wypiorę, zrobię zakupy, ugotuję.

Taka Businesswoman w połączeniu z Perfekcyjną Panią Domu .

Praca wykonana, dom zadbany, rodzina szczęśliwa.

I okazało się to niezłą pułapką, z której długo nie mogłam wyjść, a która powodowała u mnie wiele frustracji, zniechęcenia i wściekłości.

Próbowanie połączenia pracy w domu z pracą na rzecz domu podczas pracy w domu ( mam nadzieję, że rozumiecie, o czym piszę) kończyło się dla mnie tym, że albo jedno albo drugie nie było zrobione tak, jakbym chciała, a ja sama miotałam się, próbując sprostać dwóm rolom w jednym czasie.

Musiałam nauczyć się:
a) podczas pracy tylko pracuję.
Nie robię prania, nie prasuję, nie chodzę na zakupy, nie sprzątam. Od 8.00 – 14.00 pracuję.
W większości przypadków udaje mi się to utrzymać, choć bywają uzasadnione wyjątki. Jednym z nich jest krótki spacer z psem o godzinie 12.00, choć i z tym bywa różnie, bo jest godzina 12.17 a pies czeka, aż skończę artykuł.

b) domem zajmuję się po pracy.
Gotowanie ( prawie codziennie gotuję obiady), pranie, sprzątanie i inne cudowności muszą poczekać na swoją kolej, wg ustalonych priorytetów, co oznacza, że czasami ich wykonanie zostaje przełożone na inny termin.
Nie jest idealnie, bywa, że kurz czeka na wytarcie dłużej, niż bym tego chciała, ale nauczyłam się z tym żyć, rezygnując z nierealnych wcześniej oczekiwań wobec samej siebie i pracy w domu.

Praca w domu a domownicy

Podjęcie decyzji o pracy w domu miało wpływ nie tylko na mnie, lecz również na moją rodzinę.
I mimo, że była podjęta przy ich aprobacie, zwłaszcza chodzi tu o moją drugą połowę, to „w praniu” okazało się, że niekoniecznie tak samo to widzimy.
Wszystkie oczekiwania wobec mnie samej, które opisałam w puncie wyżej, nie były tylko moimi oczekiwaniami. Były ( i w jakiejś mierze nadal są, choć proces trwa) jego oczekiwaniami wobec mnie.
Skoro jestem w domu to:
a) mogę posprzatać, ugotować, wyprać
b) mogę zrobić zakupy
c) mogę załatwić to i tamto ( z Młodym do lekarza, książki w bibliotece, wizyta w szkole Młodego, ogródek itp)
Przecież to nie zajmuje dużo czasu. To tylko chwila.

A ja wiem, że ta chwila trwa dłużej niż się wydaje, że odrywam się wtedy od pracy, tracę myśl, wątek, do którego potem wracam dłużej, niż gdybym pracowała nieprzerwanie, że to nie jest dla mnie korzystne
( czytaj w poprzednim ustepie). 

Że ważne jest dla mnie nie mieszanie tych tematów.

ON do pracy nie jeżdzi z deską do prasowania, nie zabiera ze sobą pralki nie dlatego, że w samochodzie nie ma na to miejsca, lecz dlatego, że nie robi prania będąc w pracy, gdy jedzie do pracy, zajmuje się pracą. 
Ja też tak miałam, gdy pracowałam na etacie. Dlaczego ma się to zmienić, gdy pracuję w domu?
No właśnie?
Proces trwa :-) .

Tytułem podsumowania

Rzeczywistość zawsze weryfikuje plany i marzenia, a doświadczenie konkretnej sytuacji sprawia, że jesteśmy
w stanie klarownie podejść do tego, czy dana sytuacja nam służy, czy nie.
Jednym słowem, czy plusy dodatnie przeważają nad plusami ujemnymi?
W moim przypadku, ponieważ wolność i samodecydowanie mam niejako wpisane w kod DNA, plusy dodatnie przeważają, a plusy ujemne są motorem do rozwoju, przede wszystkim do zmiany nawyków.

Dla mnie praca w domu jest otymalnym rozwiazaniem. Na ten moment.
Bo jedno, co jest pewne w życiu to zmiana, zatem kto wie, jak spojrzę na to za jakiś czas…